Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 stycznia 2018

Duszony bób z szynką serrano

                                                                                                                       



Bób to  moje ulubione warzywo strączkowe. Całe szczęście obecnie nie ma problemów, żeby się nim cieszyć również i zimą. Jak można by go wykorzystać oprócz zwykłego (oczywiście, pysznego) gotowanego z koperkiem? Można zrobić coś na deseń hiszpańskiej przekąski z bobu i szynki serrano - zjeść z pieczywkiem albo dorzucić jako sałatkę na ciepło do obiadu.


Składniki:

  • 150 g mrożonego bobu
  • 35 g szynki serrano (albo innej dojrzałej)
  • 1/2 cebuli
  • Olej
  • Sól, pieprz



Cebulę kroję w grubszą kostkę i podsmażam na odrobinie oleju. Kiedy jest już zeszklona, dodaję pokrojoną w cienkie paseczki szynkę. Podsmażam chwilkę i dodaję mrożony bób. Na patelnię wylewam nieco wody i przykrywam bób na 6-7 min, aby się uparował. Po tym czasie odkrywam patelnię i jeszcze 2 min odparowuję wodę. Uważam z solą, bo szynka już jest słona, dodaję świeżo mielony pieprz.



                                                                                                                        
Jedna porcja (z podanych wyżej składników) to ok. 250 kcal.


poniedziałek, 28 lipca 2014

Galicja kulinarnie


Już dawno dawno wróciłam z wycieczki po Galicji i Portugalii. Jakoś jednak ostatnimi czasy dużo się działo, a komputer mi coś szwankuje - no i nawet mi się nie chce do niego szukać. Dziś jednak do kolejnego wpisu zmotywował mnie Marek, który w końcu dostał kartkę z Portugalii :) Powiem szczerze, że jestem oburzona pracą portugalskiej poczty - PÓŁTORA MIESIĄCA kartki szły.

Po Algavre i Lizbonie przyszedł czas na hiszpańską Galicję. Naprawdę, jestem ogromnie zachwycona tym regionem - piękny, zielony, nieco górzysty, a jednocześnie przy morzu. Jest tam pięknie i na pewno jeszcze tam wrócę. Co Galicyjczykom trzeba przyznać to to, że mają przepyszne jedzenie. Słyszałam już o tym wcześniej i słowa te potwierdziły się jak najbardziej.

W Galicji spędziliśmy 2.5 dnia. Nocowaliśmy na końcu świata, w Fisterra, czyli tam gdzie kończy się droga pielgrzymkowa świętego Jakuba.

Grzesiek, jak to zwykle na tego typu wyjazdach, gustował w owocach morza i rybach. Tutaj (tzn. w Galicji) to nawet inaczej nie wypada. Kiedy mieszkałam chwilę w Hiszpanii z Galicyjczykiem nauczyłam się jednej ważnej rzeczy: "nigdy nie mów Galicyjczykowi, że nie jesz ryb czy owoców morza". No więc ja się trochę ukrywałam ;)

Tutaj Grzesiek zajada kalmary:

a reszta zamówiła na pierwsze danie zupę rybną, również z owocami morza:

Aaa! No bo właśnie - w końcu udało nam się znaleźć w tym normalnym kraju, gdzie mówią w normalnym języku (to było cudowne uczucie, kiedy człowiek po kilku dniach męki w końcu może się porozumieć z drugim człowiekiem werbalnie, a nie tylko za pomocą gestów) menu del dia (dla niewtajemniczonych to zestaw zazwyczaj składający się z pierwszego i drugiego dania, deseru lub kawy, chleba i napojów). Tutaj nawet serwują menu del dia cały czas - i na obiad, i na kolację! Byłam w raju! Ja sobie standardowo zamówiłam ensalada mixta czyli sałatkę z tuńczykiem, jajkiem, pomidorami, marchewką, oczywiście sałatą itp, itd. No ale zdjęć już nie robiłam, bo obfotografowałam już nie jedną podczas poprzednich wizyt w Hiszpanii, np. na Fuerteventurze.

Na drugie G. wziął morszczuka. No kawał pięknej ryby! Morszczuk zawsze mi się kojarzył z takim biednym płatem, a proszę - jaki okaz. Spróbowałam i ryba była świetna - bardzo delikatna, nie "waliła rybą" jak to ja mówię, od strony mięska była lekko przypieczona i chrupiąca. Naprawdę ekstra!

A to etykietka na domowym winie w pierwszej restauracji. Wypiliśmy chyba ze 3 butelki do kolacji, a ono nadal było w cenie. I było pyszne przy okazji :)

Walka z deserem... na zdjęciu flan, ja poległam na lodach - nie dałam rady.

Wieczorem piwko na plaży. Co prawda wszystkie sklepy były pozamykane, ale znaleźliśmy jakiś kiosk, gdzie kupiliśmy małe piwka za jakąś kompletnie nierozsądną cenę, ale miło się siedziało na piasku, przy szumie fal...

Rano - śniadanie na plaży :) Lepsze od jakiegokolwiek w najlepszym hotelu czy restauracji!

 Po śniadaniu byliśmy dość długo najedzeni, więc nie byliśmy w stanie zjeść pełnego obiadu, więc tylko taka drobna przekąska w postaci sałatki z serem kozim:

Kanapek na ciepło z kurczakiem i frytkami:

Pulpo a la gallego - czyli ośmiornica po galicyjsku:

Nawet się jeszcze łakomczuchy na deser pokusiły - tarta de Santiago czyli ciasto migdałowe:

I coś, co może nie wygląda zachęcająco, ale to po prostu szarlotka na cienkim spodzie z rozpływającymi się jabłkami:

Po południu poszliśmy na plażę, a później na "koniec świata" czyli do latarni morskiej, gdzie kończy się właśnie trasa pielgrzymkowa świętego Jakuba. Taki oto stamtąd rozpościera się widok:



Posiedzieliśmy tam troszkę, a wracając udało nam się jeszcze zahaczyć o kolejną knajpę. Niestety, było już bardzo ciemno i zdjęcia wyszły średnie, ale tu poniżej widać "navajas" - nie wiem co to jest po polsku, ale jakiś rodzaj skorupiaków.

Kolejna ośmiorniczka:

I przepyszne wieprzowe polędwiczki w sosie pieprzowym - mniam! mniam!

Wracając już z pięknej oazy spokoju, jadąc w stronę Porto zatrzymaliśmy się w Santiago de Compostela i zjedliśmy tam ostatnie menu. Było to najtańsze menu jakie jadłam, bo kosztowało 8 euro za gigantyczne pierwsze danie (nie dojadłam sałatki), duże drugie, picie, deser i kawę! Tutaj na pierwsze jajecznica z leśnymi grzybami i krewetkami:

Kalmary w panierce - calamares a la romana:

I na drugie znów kalmary (śmialiśmy się, że Grzesiek jadł kamary z kalmarami):


Edi wzięła małe chorizo smażone w winie:

A reszta nic nadzwyczajnego, więc zdjęć kotletów nie ma. Ale za to jest ciekawy deser. Nie bardzo pani nam mogła wytłumaczyć co to jest, a ja nie mogłam sobie przypomnieć słowa. Dopiero później przypomniało mi się (a i tak znałam to słowo, bo kiedy przyjechali znajomi z Hiszpanii piliśmy taką nalewkę :) ) - otóż to było coś z pigwą! Jakiś rodzaj marmolady czy czegoś z pigwy, z orzechami. Straszny ulepek :)

No, ale ale - zapomniałabym o jednej bardzo tradycyjnej potrawie - mianowicie empanadzie. Empanada z tuńczykiem jest najbardziej znana i ten oto kawałek, który widać na zdjęciu wylądowała w moim brzuszku. Bardzo lubię to kruche ciasto z wytrawnym farszem. Pamiętam jak właśnie mojemu byłemu współlokatorowi kolega przywiózł od Mamy taką ogromną empanadę - a jaka ona pyszna była! Sklepowe się nie umywały :)

sobota, 15 lutego 2014

Tortilla de patatas



Wielu osobom tortilla kojarzy się z meksykańskim plackiem. Dla mnie pierwszym skojarzeniem jest hiszpańska wersja czyli, w skrócie, omlet - najczęściej z dodatkiem ziemniaków. Typowa, hiszpańska tortilla.

Najlepszą tortillę, jaką jadłam, zrobiła moja koleżanka Matra, Katalonka. Ona też powiedziała mi na czym polega tajemnica dobrej tortilli - nie wolno się spieszyć!

Składniki:


  • 3-4 ziemniaki
  • 6 jajek
  • Sól
  • Oliwa


Ziemniaki trzeba pokroić na bardzo cieniutkie plasterki. Absolutnie ich nie gotujemy! Na niewielkiej ilości oliwy i bardzo małym ogniu zaczynamy je podsmażać. Przykrywamy patelnię i od czasu do czasu mieszamy. Te ziemniaki mają się podduszać. Bardzo, bardzo powoli - oto sukces. 

Po około 25 minutach należy na już miękkie ziemniaki wylać wybełtane jajka z solą. Soli żałować nie należy, bo nie ma nic gorszego jak niesłone jajka.

Nadal gotujemy potrawę na najmniejszym ogniu. Po ok. 15 min, kiedy będą ścięte brzegi i już trochę wierzch tortilli możemy ją przerzucić. Nie jest to super prosta sprawa, są nawet specjalne patelnie do tortilli. Jednak jedyne, co nam jest potrzebne, to talerz. Przykrywamy nim patelnię, odwracamy ją, a następnie z talerza zsuwamy tortillę na patelnię. I dusimy kolejne 10 min aż będzie nieco zrumieniona.

Najlepsza tortilla jest jeszcze ciepła, ale i na zimno nadaje się na przekąskę. Można ją pokroić w trójkąty (tu, na Fuerteventurze jadłam właśnie taką) albo - jak robi Matra - w kostkę. Jako przegryzka albo lunch - świetna sprawa!

niedziela, 26 stycznia 2014

Fuerteventura kulinarnie - cz. 3



Nie chciałam Was zanudzać na raz wszystkimi zdjęciami, bo wiem, że po pewnej ilości zaczyna się nudzić. Aby czerpać więc przyjemność z oglądania kanaryjskich przyjemności postanowiłam podzielić relację na 3 części: pierwszą i drugą możecie obejrzeć korzystając z hyperlinków.

Koza na zdjęciu powyżej jest zwierzęciem regionalnym, można spotkać stada co rusz, choć w restauracjach mięso znajduje się rzadko (a może tylko my mieliśmy pecha?).

Zacznijmy od Sylwestra. Dopytaliśmy w recepcji o jakąś imprezę sylwestrową. Pani powiedziała, że u nas to nic nie ma, chyba że w hotelach dla gości. Powinniśmy jechać do stolicy, Puerto del Rosario, żeby zobaczyć prawdziwą fiestę. Zanim jednak wsiedliśmy do auta przeszliśmy się po mieście w poszukiwaniu jakiejś kolacji. Większość restauracji była zamknięta, ale znaleźliśmy najgorętszą imprezę w mieście ;)








Koło 23 zebraliśmy się i pojechaliśmy do stolicy. Podobnież na placu pod kościołem zbierają się ludzie, puszczają fajerwerki, o północy jedzą 12 winogron na każde uderzenie zegara (co jest dużo trudniejsze niż się wydaje!)... Przyjechaliśmy, a tam pustki! Siedliśmy, pokręciliśmy się trochę... w jednej z uliczek usłyszałam jakieś głosy, więc poszłam spytać czy aby jesteśmy w dobrym miejscu. Okazało się, że tak. Byliśmy przygotowani na jakieś hiszpańskie szaleństwa, a tu cisza i spokój. W Hiszpanii je się uroczystą kolację, po której wychodzi się na rynek, je wspomniane winogrona, a później idzie się na balangę. Niestety, spodziewaliśmy się wielkiej pompy, a nic takiego nie było. Przyszło tuż przed 12 trochę ludzi, większość turystów, zapewne jak my spragnieni nowości. Kilkoro dzieci puszczało kapiszony, fajerwerki nie były okazałe. Wypiliśmy więc odrobinkę cavy (hiszpańskiego wina musującego), zjedliśmy po 12 winogron i zebraliśmy się do siebie, gdzie urządziliśmy sobie "wytrawną" Sylwestrowa kolację - ziemniaczaną tortillę ze sklepu i resztki cavy :)






Następnego dnia pospaliśmy trochę, przeszliśmy się na plażę, żeby choć chwilę pokąpać się w Nowy Rok. A że byliśmy po późnym śniadaniu to na obiad zjedliśmy tylko po sałatce.








Kolejnego dnia wróciliśmy do Corralejo na tapas, do wspomnianego wcześniej Brytyjczyka, który zachęcał nas ogromną ilością tapas i paelli. 

Zdecydowaliśmy się na:

Pan con tomate z szynką iberico

Ziemniaczaną tortillę - taką jaką lubię:

Sałatkę z krewetkami

Krewetki w dwóch odsłonach:


Kotlecik z ziemniaków i mięsa mielonego

Tost z bakłażanem i serem

Kurczaka z sosem pomidorowym

Na ostatni obiad udaliśmy się do El Cotillo, w okolicach których znaleźliśmy plaże z największymi falami jakie w życiu widziałam! Do tego woda była tam cieplutka, to wszystko zapewne sprawka jakiegoś ciepłego prądu - fal na całej wyspie już nie było, wiatr ucichł... 

Grundigi wybrali sobie po makaronie z owocami morza i rybami w różnych odsłonach:


A ja zwykłego hamburgera z czaderskimi frytami!

Na ostatnią kolację udaliśmy się do Gambrinusie - tak, żeby klamrą nasz wyjazd zamknąć (tu rozpoczęliśmy nasz wyjazd). Zaczęliśmy od szynki z melonem

Ja zjadłam na drugie (bo już przeżarta byłam przeokrutnie) sałatkę z tuńczykiem, dokładnie taką samą jak pierwszego dnia, więc zdjęcia już nie wstawiam. Grześkowe żeberka na zdjęciu nie wyszły, bo było bardzo ciemno, za to Edyty potrawę mogę pokazać - zwłaszcza, że jest dość ciekawa. Sola z zapiekanym bananem.